Close

Not a member yet? Register now and get started.

lock and key

Sign in to your account.

Account Login

Forgot your password?

Marsz Niepodległości obudził nadzieję – wywiad z Robertem Winnickim, Prezesem MW

24 lis
Marsz Niepodległości obudził nadzieję – wywiad z Robertem Winnickim, Prezesem MW

Marsz Niepodległości obudził nadzieję – z Robertem Winnickim, Prezesem Młodzieży Wszechpolskiej rozmawia Maksymilian Konieczny.

11 listopada ulicami Warszawy przeszedł Marsz Niepodległości – zakończył się zgodnie z planem, pod pomnikiem Romana Dmowskiego, musiał jednak iść okrężną drogą, przez Powiśle; to porażka czy sukces?

Niewątpliwie Marsz Niepodległości był sukcesem, sukcesem, który przeszedł nawet nasze oczekiwania. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, atmosfera była zarazem podniosła, jak i bojowa, w dobrym tego słowa znaczeniu. Wielotygodniowa nagonka mediów Agory – Gazety Wyborczej, Metra, a także kłamstwa i manipulacje innych gazet i stacji radiowych i telewizyjnych, doprowadziły do potężnej mobilizacji szeroko rozumianej prawicy narodowej.

Anarchiści i skrajna lewica próbują jednak udowadniać, że zmiana trasy Marszu była ich wielkim zwycięstwem.

To zrozumiałe, ponieważ sytuacja, jaka się wytworzyła po 11 listopada, sprawia, że na gwałt potrzebują choćby namiastki jakiegoś sukcesu. Lewica i lewackie media (zwłaszcza Wyborcza) wpadli we własne sidła; tak bardzo nadęli balon „faszystowskiego zagrożenia”, rozpętali taką histerię wokół Marszu Niepodległości, że stracili zupełnie kontakt z rzeczywistością. Ich największą porażką jest chyba to, że w pewnym momencie sami uwierzyli we własne kłamstwa – nie można racjonalnie sterować społeczną psychozą, jeśli samemu się jej poddaje. Tutaj trzeba oddać im sprawiedliwość – wydaje się, że redakcja Wyborczej na moment zrezygnowała ze zwyczajowej obłudy i cynizmu i ze szczerą intencją rzuciła się w wir rewolucyjnej walki, której finiszem była nielegalna, zadymiarska blokada z sierpem i młotem na sztandarach. Blokada, której znakiem firmowym stały się zamaskowane bojówki anarchistów, atakujących kamieniami i koszami na śmieci policję, a także „pierwsza dama” polskiej lewicy, aktywista homoseksualny Robert B., jękiem i błaganiem reagujący na skuwanie go kajdankami za napaść na funkcjonariuszy. W tej sytuacji lewacy czepiają się każdej namiastki sukcesu i uważają za taką sterroryzowanie władz miasta i policji, by te zażądały od nas zmiany trasu pochodu, co, w imię spokoju społecznego, uczyniliśmy. Paradoksalnie jednak, na tysiące ludzi zgromadzonych na Marszu, podziałało to niezwykle mobilizująco – takiego entuzjazmu jaki panował pod pomnikiem Dmowskiego, gdzie finiszowaliśmy, nie pamiętam od bardzo dawna.

Czyli manifestacja, którą Wyborcza odtrąbiła jako największe zgromadzenie „antyfaszystowskie” w Polsce, była ich porażką?

Porażką ewidentną i dotkliwą, o czym świadczy zapis dyskusji, a właściwie kłótni, jaka miała miejsce w siedzibie lewicowej Krytyki Politycznej kilka dni po 11tym. Klęska lewicy ma kilka wymiarów:

1. W całej krasie ukazał się ekstremistyczny charakter lewackich ugrupowań. Szeroka publiczność zobaczyła wyraźnie, że są to środowiska skrajne, otwarcie wzywające do łamania prawa, środowiska oparte o margines społeczny i żerujące na najprymitywniejszych instynktach. Co więcej, w całej krasie swą lumpeninteligencką twarz ukazał lewacki salon spod znaku Krytyki, choćby w tekście Sutowskiego, w którym pisze o „wypierdalaniu z ulic tego miasta”. 11 listopada okazało się, że lewicowy „król” jest nagi, a do tego strasznie szpetny i niedomyty. Podział na kosmopolitycznego, bogatego libertyna ze stolicy, „obywatela świata”, człowieka bywałego i kulturalnego, któremu przeciwstawiony jest „ciemny moher” z prowincji, z narodowo-patriotycznego, katolickiego zaścianka – ten fałszywy obraz, fałszywy podział legł w gruzach. „Bogaty, wykształcony i z wielkiego miasta” okazał się być fanatycznym, histerycznym bojówkarzem, albo, w najlepszym wypadku, jednym z wielu, mających powierzchowną wiedzę o czymkolwiek, czytelników GieWu, którzy w „heroicznym” akcie walki z „faszyzmem” zostali spędzeni przez Wyborczą na Krakowskie Przedmieście, zaopatrzeni w gwizdki i poinstruowani co mają myśleć i co robić. Taki właśnie obraz, budzący mieszankę obrzydzenia z politowaniem, lewica sama sobie zafundowała.

2. Mająca aspiracje do tego, by wyznaczać horyzonty intelektualne polskiej inteligencji, być medium profesjonalnym i poważnym, a przy tym wpływowym, Gazeta Wyborcza, również odsłoniła się jako organ prasowy skrajnej, radykalnej i niebezpiecznej dla porządku społecznego, rewolucyjnej lewicy. Redaktor Seweryn Blumsztajn, który, niczym dowódca polowy, stał na czele kilkutygodniowej nagonki prasowej na narodowców, zaczął po 11tym gwałtownie wycofywać się z ofensywy, która poniosła sromotną klęskę. Trzeba zwrócić uwagę, że była to nagonka zupełnie bezprecedensowa – dzień po dniu, w Wyborczej, Metrze i innych mediach przez kilka tygodni publikowane były artykuły o jednoznacznym wydźwięku: „wygwizdać”, „zatrzymać”, „zablokować”, „nie przejdą”. Środowisko Adama Michnika rzuciło na szalę tej akcji cały swój autorytet i zdolność do mobilizowania ludzi, grając na powtarzanych setki razy kłamstwach i nienawiści do ludzi przywiązanych do suwerennego, narodowego państwa, opartego o tożsamość i tradycję. Co z tego wynikło? – po pierwsze, okazało się, że ta zdolność mobilizowania ludzi i wyprowadzania ich na ulicę przez potężny koncern medialny jest, de facto, mała. Stąd naciągane statystyki dotyczące „antyfaszystów” i próby redukowania liczby osób biorących udział w Marszu Niepodległości. Po drugie, Wyborcza, atakująca wściekle marsz „faszystów”, zachowała się trochę jak George Bush, który, pod pretekstem posiadania broni nuklearnej, zaatakował Irak; z tą drobną różnicą, że gdy okazało się, że Bush kłamał, to nie miało już wielkiego znaczenia, bo Irak był zdobyty, a zwycięzców się nie rozlicza – Wyborcza natomiast Marszu Niepodległości nie zatrzymała, frekwencję wśród jego uczestników raczej podniosła, a z kłamliwych oskarżeń o faszyzm jest i będzie rozliczana. Ich klęska okazała się podwójna – nie dość, że kłamali na potęgę, że siali nienawiść, że podpisali się pod najbardziej skrajnymi i niebezpiecznymi dla państwa polskiego środowiskami, to jeszcze spowodowali mobilizację i przejście do ofensywy przez prawicę narodową.

3. Ilość kłamstw i manipulacji, jakimi zalały Polskę media Agory, podziałał, jak już powiedziałem, bardzo „ozdrowieńczo” na polską prawicę. Doszło, w moim przekonaniu, do symbolicznego zasypania, albo przynajmniej rozpoczęło się zasypywanie rowu, jaki lewicowo-liberalne media wykopały pomiędzy młodzieżą narodową, a osobami życia publicznego czy środowiskami o zbliżonym, lub choćby niesprzecznym światopoglądzie. Nie mam tu na myśli jakiegoś powszechnego, wielkiego bratania się na prawicy, bo różnice i to często bardzo duże, są i będą, chodzi jednak o zdolność do współpracy w tych obszarach życia narodowego, na których jest ona możliwa. Jestem bardzo wdzięczny za udział w naszym Komitecie Poparcia Marszu Niepodległości takim osobom jak Rafał Ziemkiewicz, Artur Zawisza, Jan Pospieszalski czy Paweł Kukiz, bo przecież gęba, jaką mieli przyprawioną do tej pory jego organizatorzy, Młodzież Wszechpolska i ONR, oznaczała dla nich podjęcie pewnego ryzyka i wystawienie się na medialny „ostrzał”. Ten gest się opłacił wszystkim, ale najbardziej, powiem górnolotnie, opłacił się Polsce. Dzięki temu nasze środowiska, spychane nieustannie przez lewicę i liberałów do swoistego „getta” ideowo-politycznego, zyskały możliwość przełamania tego muru ideologicznego zacietrzewienia i stygmatyzacji, z drugiej zaś strony, obecni w życiu publicznym prawi ludzie dostali jasny sygnał, że gdy stoją na gruncie najbardziej podstawowych wartości narodowych i nie obawiają się tego manifestować, mogą liczyć na tysiące młodych (ale nie tylko młodych), oddanych sprawie ludzi na terenie całego kraju. Nie chcę podnosić tego do rangi jakiegoś wielkiego przełomu, ale dobrze rokuje to, w moim pojęciu, na przyszłość.

Tyle, że powtarzany wielokrotnie w różnych mediach, przekaz o „antyfaszystach”, o „budzącym kontrowersje” marszu narodowców, czy nawet – „marszu faszystów”, rozszedł się przecież szeroko. Nawet najlepsze felietony Rafała Ziemkiewicza czy Janusza Korwin Mikke nie mają takiej „siły rażenia” jak przekaz wielu stacji telewizyjnych, radiowych i gazet. Stereotyp „faszystowskiej” MW czy ONRu nie został przełamany, a w niektórych miejscach nawet pewnie utrwalony
.

To wszystko prawda. Proszę jednak zwrócić uwagę, że do wyboru mieliśmy; podjąć walkę, próbując „wypłynąć na szersze wody” i mając świadomość, że większość redakcji raczej powieli, dorabianą nam, medialną gębę, albo ze współorganizowania tej imprezy, bądź z nadawania jej szerszego rozmachu, zrezygnować. W tym drugim przypadku nic byśmy nie osiągnęli, a atak lewicy byłby podobny. Największym problemem z „faszystowską” gębą, jaka została dorobiona narodowcom przez lewaków i liberałów, jest nie tyle odbiór tego faktu przez tzw. statystycznego Kowalskiego, co fakt, że owa gęba skutecznie paraliżowała wszelkie możliwości współdziałania z różnymi prawicowymi środowiskami, które, pewnie często słusznie, obawiały się, by przypisane nam piętno i ich nie dotknęło. W tym roku zostaliśmy jednak w Polsce postawieni w sytuacji, w której dominacja układu lewicowo-liberalnego w polityce, mediach, gospodarce i kulturze zaczęła być tak wyraźna, tak dotkliwa i tak niebezpieczna dla fundamentów istnienia państwa polskiego, że straciło to na znaczeniu. Co więcej, w momencie, gdy od „faszystów” zaczęto wyzywać nawet tych, którzy nigdy z prawicą narodową nie mieli nic wspólnego, stało się jasne, że dotkliwe prześladowanie i napiętnowanie może dotknąć każdego, kto nie podziela wizji Polski Tuska i Michnika, idącej prostą drogą w kierunku Polski a la Zapatero. W tej bardzo złej dla kraju sytuacji, nagle okazało się, że narodowcy wcale nie są takimi, jakimi ich lewica malowała, a poza tym mają potencjał do mobilizowania ludzi i organizowania ich wokół kluczowych dla kraju zagadnień.

Wrócę jednak do owego „statystycznego Kowalskiego”; jakie będą możliwości oddziaływania Ruchu Narodowego, jeśli pod pojęciem narodowiec będzie on widział „faszystę”?

Oczywiście, że priorytetem jest budowa prawdziwego wizerunku Ruchu w szerokich masach, pytanie tylko, jak to zrobić. Według mnie nie ma innej drogi, jak poprzez zyskiwanie wiarygodności i powagi w środowiskach szeroko pojętej prawicy, by potem przekuwać to na wiarygodność w całym społeczeństwie. Proszę zauważyć, że do tej pory było tak: lewica i większość mediów mówiła „faszyści”, liberałowie „chyba faszyści”, centroprawica „zbyt radykalni, ale chyba nie faszyści” no i myśmy mówili o sobie „my narodowcy” – co w tej sytuacji nie było wiarygodne dla zewnętrznego obserwatora. W momencie, gdy mówią o tym osoby rozpoznawalne i dobrze kojarzone, to jest to poważny skok jakościowy.

Skoro lewica i Wyborcza poniosły klęskę, to czy za rok możemy się spodziewać kolejnej kampanii nienawiści?

Niewątpliwie, choć podejrzewam, że zmienią taktykę, w związku z tym, że tegoroczna kampania zakończyła się ich dotkliwą porażką. Na czym będzie polegać ta zmiana? – to jest oczywiście gdybanie, ale skoro nie udało się zapędzenie środowiska narodowego w „faszystowski” róg, jako całości, to spodziewam się, że w ciągu najbliższych miesięcy będą podejmowane ataki na poszczególne osoby i środowiska. Należy się spodziewać prowokacji i prób skompromitowania ludzi związanych z prawicą narodową. Wróg przegrał bitwę frontalną, więc podejrzewam, że spróbuje wojny podjazdowej. Musimy brać to pod uwagę.

Co dalej, w takim razie?

„Naprzód idziem w skier powodzi…” (śmiech) – dalej jak zwykle, ciężka, wytrwała praca. Kilka bitew, jakie w ostatnim czasie wygraliśmy, by zmienić zarówno postrzeganie Ruchu Narodowego, jak i pewne źródła słabości, tkwiące w nim samym, są tylko początkiem drogi. Przestrzegam przed próbami natychmiastowej, politycznej konsumpcji sukcesu Marszu Niepodległości. W rzeczywistości społecznej jest jak na wojnie – po każdym zwycięstwie trzeba się przegrupować, policzyć, wykorzystać zdobyte zasoby, przeszkolić nowych rekrutów, a tych zwycięzcom nigdy nie brakuje. Musimy pilnować naszych ideowych i społecznych „linii zaopatrzenia”, unikać oskrzydlenia, wzmacniać istniejące sojusze i pozyskiwać nowe. Najefektowniejszy „atak husarski” nie przyniesie spodziewanych rezultatów, jeśli nie będzie obudowany całą, sprawną, „machiną wojenną”. W naszym wypadku oznacza to mozolne budowanie infrastruktury społecznej, która zdolna będzie reagować na zmienną koniunkturę polityczną, ale będzie też na zmiany owej koniunktury odporna.

„Ciężka praca”? – to niezbyt porywająca wizja…

Każdy działacz narodowy wie, że jest to przede wszystkim niezwykła, życiowa przygoda, a praca wykonywana konsekwentnie i z rozwagą jest źródłem olbrzymiej satysfakcji. Idea Narodowa jest jak ukochana kobieta – chce się dla niej żyć i za nią umierać.

Dziękuję za rozmowę.

 

5 Komentarze


Wyraź swoją opinię