Close

Not a member yet? Register now and get started.

lock and key

Sign in to your account.

Account Login

Forgot your password?

Krokodyle łzy Aleksandra Radczenki

14 mar

Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości” stało się obiektem publicystycznego ataku komentatorów „Polityki Wschodniej”. Oskarżono nas o to, że wyjazd przedstawicieli Stowarzyszenia zaszkodzi sprawie Polaków na Litwie protestujących przeciw nowej ustawie oświatowej. Obaj komentatorzy „PW” odnosili się wyłącznie do swoich wyobrażeń o naszym Stowarzyszeniu i tej konkretnej inicjatywie, nie do ich rzeczywistego wymiaru. Hojnie obdzielili nas w swoich tekstach wszystkimi grzechami, których sami popełnili w publicystycznym ferworze aż w nadmiarze.

Używamy słowa atak, trudno bowiem owe komentarze określić jako polemikę czy krytykę. Zarówno Piotr Maciążek jak i Aleksander Radczenko nie zadali sobie minimalnego trudu aby zapoznać się z naszym stanowiskiem i planem działania; nie dostrzegamy żadnych pokładów dobrej woli zrozumienia naszych intencji. Radczenko i Maciążek zarzucili nam ignorancję. Cóż powiedzieć o ich enuncjacjach, w których połączono nas z inicjatywą litewskich organizacji nacjonalistycznych, zapraszających Polaków na swoją niedawną manifestację. Nie trzeba było zbyt wiele dociekliwości by dotrzeć do artykułu działacza naszego Stowarzyszenia , który w dobitny sposób wyraził naszą opinię o stosunku, jaki przedstawiciele tych organizacji prezentują do Polaków na Litwie. Zamiast spróbować dotrzeć do źródła, obaj ulegli histerii wszczętej przez autorkę jednego z poświęconych Wileńszczyźnie niszowych blogów – nota bene wieloletnią rezydentkę Warszawy – która dokonała projekcji swoich warszawskich uprzedzeń ideologicznych na kwestię protestów w Wilnie.

Radczenko, oburzając się na wszystkich, którzy łączą jego pracę w litewskiej administracji rządowej, z poglądami jakie głosi, bardzo gładko przeszedł do arbitralnego etykietowania środowisk skupionych wokół Stowarzyszenia Marsz Niepodległości różnymi niepochlebnymi określeniami, mającymi potwierdzać jego kasandryczne wizje najazdu troglodytów z „Korony” na spokojne ulice litewskiej stolicy. Nie zadał sobie żadnego trudu, aby zapoznać się z rzeczywistymi hasłami, pod jakimi 11 listopada zeszłego roku Marsz Niepodległości się odbywał – a były wśród nich wyrazy solidarności z rodakami na Litwie – ani z rzeczywistym przebiegiem Marszu w zeszłym roku. Ochoczo skonsumował medialną papkę, nie próbując nawet zajrzeć do niezależnej infosfery, licznych relacji w niezależnej społeczności blogerów – świadków lub uczestników wydarzeń, które raczej przeczyły jego twierdzeniom o skrajnej frazeologii czy chuligańskich zapędach organizatorów, a tym samym apokaliptycznym wizjom przyszłej wizyty w Wilnie. Ze swojej strony możemy dodać, że pod naszą wizją nowoczesnego, lecz zakorzenionego w najlepszych narodowych tradycjach, aktywnego patriotyzmu, podpisało się wiele organizacji i osób od lat zaangażowanych we wsparcie dla polskich społeczności na dawnych wschodnich terenach Rzeczpospolitej, a nawet dla tych zamieszkujących na wschód od dawnej „ryskiej” granicy. Wśród naszych sympatyków są działacze trzeciego sektora, zaangażowani w prowadzenie akcji charytatywnych na rzecz Polaków z Białorusi, Litwy, Mołdawii, Ukrainy; organizatorzy szkół liderów dla młodzieży polskiej z tych krajów, kolonii dla polskich dzieci, czy chociażby organizatorzy szkoleń metodycznych dla nauczycieli jednej z polskojęzycznych szkół na Litwie. Wiemy komu pomagamy. Znamy problemy litewskich Polaków. Ostatnie czego chcemy, to przysporzyć im kolejnych, wskutek manipulacji czynników trzecich.

Panowie Maciążek i Radczenko leją łzy nad „niedźwiedzią przysługą”, jaką chcemy rzekomo wyrządzić protestującym w obronie polskiego szkolnictwa na Wileńszczyźnie. Są to łzy krokodyle, gdyż sami poprzez gorliwą demonizację naszej inicjatywy wyjazdu do Wilna, przyczynili się do nakręcenia fałszywej wizji nieposkromionych radykałów, rozrabiających lub krzyczących niemądre hasła, która znalazła odbicie w niektórych mediach i dalszych komentarzach. Jedynie w histerycznym tonie tego rodzaju retoryki, wyjazd grupy obywateli RP do Wilna, którzy chcieli po prostu osobiście zapoznać się ruchem społecznym litewskich Polaków, jaki wytworzył się w sprzeciwie wobec ustawy oświatowej i którzy nie aspirowali do żadnej aktywnej roli w czasie zapowiedzianego protestu, stał się zagrożeniem, dla tej jakże potrzebnej akcji. Gdyby nie owa nakręcona, przez niektórych w złej woli wyrównania krajowych rachunków, histeria, wyjazd ten prawdopodobnie nigdy nie stałby się kanwą dla publicystycznych przepychanek i pozostałby tym czym był w zamierzeniu – spotkaniem obywateli dwóch europejskich krajów jednej narodowości, okazją do wymiany informacji w kwestii problemów społecznych, które są ważne dla jednych i drugich.

Prawdziwej przyczyny ataku upatrujemy przede wszystkim w faktycznych różnicach w poglądach na sytuację Polaków na Wileńszczyźnie, jakie dzielą nas od obu publicystów, a jakie nieprzypadkowo doprowadziły ich do zajęcia podobnych pozycji w dyskusji o niej. Uważamy, podobnie jak większość reprezentatywnych przedstawicieli polskiej społeczności na Litwie, iż owa mniejszość narodowa od 21 lat jest przedmiotem dyskryminacyjnych praktyk państwa litewskiego. Znamy realia litewskiej reprywatyzacji, według określenia socjologa z Uniwersytetu Wrocławskiego, Zbigniewa Kurcza, prawdziwych „rugów ziemskich”, w trakcie której litewscy obywatele, głównie narodowości polskiej, zostali poszkodowani w sposób szczególny, bez względu na motywy polityków i urzędników litewskich, którzy za reprywatyzacyjne patologie odpowiadają. Nasz zdecydowany sprzeciw budzi odbieranie litewskim Polakom tego podstawowego prawa, jakim jest zapisywanie swojego nazwiska w oryginalnym brzemieniu. Nie rozumiemy i nie znajdujemy usprawiedliwienia dla uporu litewskich władz w walce z polskimi nazwami miejscowości, ulic czy nawet tymi umieszczanymi na prywatnych posesjach czy pojazdach, na terenach zamieszkanych w dużej części, czy nawet w większości przez obywateli narodowości polskiej. Reprezentanci różnorodnych środowisk wspierajacych nasze Stowarzysznie nie zgadzają się na manipulacje granicami jednostek administracyjnych i wyborczych, bez żadnych konsultacji z zamieszkującą je ludnością. Od dawna śledzimy społeczną walkę z nową ustawą oświatową, którą litewskie władze postanowiły uchwalić wbrew ostremu sprzeciwowi tych, których ona dotyczy. Protestowaliśmy wówczas, gdy rok temu wielu naszych sympatyków podpisywało list protestacyjny zamieszczony przez portal Wilnoteka, protestujemy także dzisiaj.

Nie zgadzamy się z Piotrem Maciążkiem twierdzącym, że „40-milionowy naród nie może być zakładnikiem 300-tysięcznej mniejszości” oraz, że „problem na linii mniejszość- rząd litewski musi być rozwiązany wewnętrznie.” Z pierwszym jego stwierdzeniem nie zgadzamy się po prostu ze względów metapolitycznych. Kwestia polityki Rzeczpospolitej wobec polskiej mniejszości na dawnych Kresach to elementarny, metahistoryczny test jej wiarygodności. Polacy kresowi nigdzie z Polski nie wyjeżdżali, to Polska „wyjechała” od nich i sprawa ta ma fundamentalne znaczenie dla budowy paradygmatu państwa polskiego jako czegoś więcej niż bananowej republiki na którą obywatele (także dawni) nie mają co liczyć, i na których to obywateli owa republika też nie ma co liczyć. Nikt nie głosi rewizjonistycznych manifestów – chodzi o elementarne poczucie odpowiedzialności państwa za ludzi, których musiało pozostawić, a którzy ponosili i ponoszą koszty lojalności wobec polskiej kultury. Co do drugiego twierdzenia, podszytego nadzieją iż litewskie elity polityczne rozwiążą w sposób cywilizowany problemy polskiej mniejszości bez bodźców z zewnątrz, można jedynie odpowiedzieć, że 21 lat istnienia niepodległej Republiki Litewskiej brutalnie weryfikują nadzieje Maciążka, a znajomość backgroundu, w postaci historycznych korzeni litewskich resentymentów, utwierdza w przekonaniu o ich płonności.

Passus blogera „Polityki Wschodniej” można bardzo łatwo zripostować stwierdzeniem, że polityka polska nie może być „zakładnikiem” polityki 3-milionowego peryferyjnego państwa litewskiego. Państwa, którego elity mają bardzo specyficzne podejście do prawa międzynarodowego, multi- i bilateralnych umów, jakie podpisywały litewskie władze.

Redaktor Maciążek eksploatuje starą koncepcję polsko-litewskiego „strategicznego partnerstwa”. Oczywiście w tle majaczy sylwetka Wielkiego Iwana. Jak zwykle grożenie tym golemem ma usprawiedliwiać całkowity brak asertywności Polski wobec jej nierosyjskich, wschodnich sąsiadów. Nie uważamy by cokolwiek, zarówno na płaszczyźnie metapolitycznej jak i w wymiarze czysto pragmatycznym, uzasadniało tę koncepcję. Sprawa nierentownej i sabotowanej swego czasu przez litewskie koleje rafinerii w Możejkach, czy sprawa projektu elektrowni atomowej w Wisaginii, która, jak się okazało, będzie mogła ewentualnie dostarczać Polsce ilość energii mające mikroskopijny udział w jej ogólnym bilansie energetycznym, a więc i nikłe znaczenie dla jej energetycznego bezpieczeństwa, sugeruje, że Litwa ani nie może, ale przede wszystkim nie chce być owym partnerem, o ciężarze gatunkowym, który pozwalałby ją traktować w kategoriach „strategicznego”. Przez ponad 20 lat wzajemnych stosunków, elity litewskie miały znacznie chłodniejszy stosunek do owej idei, zerkając raczej w stronę Skandynawii, dialogując z Łukaszenką i nawet w stosunku do Moskwy, przed którą mielibyśmy się wzajemnie asekurować, zachowując zgoła inne nastawienie, niż te wynikające z polskich formułek ideologicznych.

Stanowczo odrzucamy więc pogląd, uznający za słuszne poświęcanie Polaków na Wileńszczyźnie na ołtarzu stosunków z litewskimi władzami. Niestety, taka koncepcja stosunków polsko-litewskich dominowała w pojęciach polskich elit politycznych przez ogromną większość okresu tych relacji. Symbolicznym jego początkiem było stwierdzenie Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa z 1991 r., ówczesnego wiceministra spraw zagranicznych, że można poświęcić społeczność Polaków na Litwie „dla zgody Sajudisu i Solidarności”. W tym decydującym momencie, gdy ważyła się kwestia instytucjonalnego zabezpieczenia praw narodowych i społecznych litewskich Polaków, przedstawiciel Rzeczypospolitej całkowicie zrezygnował z obrony ich praw, wówczas już zagrożonych, po bezprawnym rozwiązaniu polskich samorządów w rejonie solecznickim i wileńskim. Potem była skandaliczna kadencja ambasadora Widackiego, próby popierania różnego rodzaju rozłamowców w polskich organizacjach społecznych i politycznych. Oczywiście, wszystko w imię „strategicznego partnerstwa”. W tym kontekście wyjątkowo pełen hipokryzji jest zarzut Maciążka, że litewscy Polacy „nie czują związku z Rzeczpospolitą”. Trudno by było inaczej, skoro to władze Rzeczpospolitej robiły wiele, aby ów związek zniszczyć, kierując się właśnie poglądami głoszonymi dziś przez redaktora „Polityki Wschodniej”.

Równie fałszywą wizję sytuacji prezentuje Aleksander Radczenko, unoszący się w krytyce nad „etnicznymi koteriami” na Wileńszczyźnie. Nie ma równości między dyskryminującymi a dyskryminowanymi, dla których solidarność w ramach kulturowej wspólnoty jest najlepszą strategią samoobrony przed ostateczną społeczną degradacją. Nie można zrównywać tych, którzy okradali ludzi z własności, w dużej mierze ze względów etnicznych, z okradzionymi, którzy próbują wspólnie odwrócić skutki złodziejskich praktyk. Zrównywanie więc Landsbergisa i Kubiliusa z polityczną reakcją na zinstytucjonalizowany system dyskryminacji przez nich tworzony, to szczególnie cyniczny zabieg. Trudno w sytuacji, gdy zagrożone są podstawowe kulturowe i społeczne prawa, zaliczające się zarówno kategorii praw wspólnotowych jak i indywidualnych, przyrodzonych praw człowieka, by osie politycznych podziałów nie pokrywały się z podziałami kulturowo-etnicznymi. To skutek takiej a nie innej polityki litewskich elit politycznych, które przecież na wszelkie sposoby (manipulacje okręgami wyborczymi, wysoki próg wyborczy) bronią się przed dopuszczeniem przedstawicieli polskiej mniejszości do głębszej partycypacji w systemie politycznym. Jeśli Radczence i przywoływanym w jego tekstach liberałom naprawdę zależy na tym, aby kwestie etnicznej tożsamości nie miały pierwszorzędnego znaczenia w dyskursie publicznym wspólnoty obywateli Republiki Litewskiej, niech po prostu władze spełnią postulaty AWPL, czyli postulaty polskiej mniejszości narodowej w tym kraju. Postulaty są od lat te same i od lat niespełnione. Wystarczy je spełnić i podział etniczny z dnia na dzień przestanie być głównym podziałem politycznym, przestanie rodzić antagonizmy. Katalog tych postulatów nie dotyczy niczego, co by wymagało jakiejś szczególnej łaskawości państwa litewskiego, lecz jest elementarnym standardem przyjętym w większości państw Europy. Ostatecznie zresztą nie widzimy niczego złego w tym, żeby polska mniejszość narodowa na trwale organizowała się politycznie w swoją partię, specjalnie dla obrony swoich interesów. Wszak mniejszość niemiecka w Polsce od lat głosuje na swoje specjalne komitety wyborcze, nie zmuszane zresztą do przekraczania progu wyborczego i nijak nie prowadzi to do podgrzewania konfliktów na tle etnicznym.

Inaczej niż pan Radczenko jesteśmy pełni uznania dla Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, która zapewniła naszym rodakom w tym kraju możliwość realizacji swoich podstawowych interesów społecznych i kulturalnych przenajmniej w tych wąskich granicach, jakie zapewniają im organy samorządowe zamieszkanych przez nich w większości rejonów. AWPL zapewniła także tej społeczności niemniej ważną możliwość ekspresji własnej tożsamości, własnych ocen sytuacji społecznej, formułowania ich w postulaty polityczne i ekspresji tych postulatów w kraju i za granicą, na forum europejskim. Jak skutecznie niech świadczy obecna aktywność komisarza OBWE Knuta Vollebæka w sprawach mniejszości narodowych Republiki Litewskiej. Organizacje takie jak Forum Rodziców, ZPL, AWPL pozostają rzeczywistymi wyrazicielami i reprezentantami interesów obywateli litewskich narodowości polskiej, takich, jakimi postrzegają je i wyrażają owi obywatele. Strategia dołączenia, strategia ugodowa, której promotorem jest Radczenko i niewielkie grono innych działaczy polskich pozostających w opozycji do Waldemara Tomaszewskiego, jak do tej pory nie przyniosła żadnego plonu, w jakikolwiek sposób porównywalnego z sukcesami, jakie odniosły ZPL czy AWPL.

Biorąc pod uwagę różnicę poglądów, różnica zdań w sprawie naszego wyjazdu do Wilna nie jest niczym zaskakującym. Wolelibyśmy jednak, aby przybierała ona formę merytorycznej dyskusji, nie odsądzania od czci i wiary i wróżenia z fusów. Kończąc nasz artykuł, mamy luksus świadomości, że już za kilka dni sama rzeczywistość zweryfikuje, czy może raczej sfalsyfikuje kasandryczne wizje publicystów „Polityki Wschodniej”. Manifestacja odbędzie się w sposób pokojowy, przyczyniając się do szerszego upowszechnienia postulatów Forum Rodziców, Wilno nie spłonie, część litewskich mediów czy polityków i tak nie odmówi sobie okazji do straszenia polskim nacjonalizmem i rewizjonizmem. A przedstawiciele naszego Stowarzyszenia będą świadkami kolejnej odsłony walki miejscowych Polaków o swoje prawa, którą zdecydowanie popierają.

Stowarzyszenie Marsz Niepodległości

 

2 Komentarze

  • jacek pisze:

    Masoneria tradycyjnie szczuje swoich agentów na Litwie i Ukrainie przeciwko Polakom.

    • Jessica pisze:

      Trzeba zdac sobie sprawe, ze ludize obecnie rządzacy Polska sa antypaństwowcami. Dlatego beda państwo zwalczac wszedzie, gdzie sie da. Oni nie myslą kategoriami racji stanu, dobra Polski, oni myslą kategoriami swojej kieszeni, choc wmawiaja ludowi cos zupełnie innego i na tym polega nieszczęscie Polski.


Wyraź swoją opinię